RSS
czwartek, 18 lutego 2010
Uwielbiam gry logiczne!

Wszelkiego rodzaju układanki, rebusy, zagadki - to coś dla mnie. Uwielbiam gry logiczne wszelkiego rodzaju i te w gazetach, w książkach, jak i te na ekranie komputera. A przyznać trzeba, że komputer daje spore możliwości jeśli idzie o rozwój gier logicznych. Otrzymujemy taką mnogość tematów, rozwiązań i potencjalnych form rozrywki, że głowa boli. A do gry dobra jest jakaś tam muzyka, dlatego fajnie jest odnaleźć dla siebie jakąś działającą wyszukiwarkę, która odnajduje legalne, darmowe mp3. Bez tego to raczej ciężko mi się odnaleźć w podobnych klimatach. Takie gry naprawdę potrafią wciąnąć, nawet żadne zegarki pokazujące, że już północ, że już pierwsza albo druga - nie są w stanie mnie odciągnąć od ekranu. Wiem, że nie jest to ani wyjątkowa ani rzadka przypadłość, ale jednak jest moja własna, i mogę się tylko nią pochwalić.

Odkryłem pozycjonowanie

Właściwie nie chodzi o to, że je wynalazłem, tylko po prostu o to, że dowiedziałem się co to jest. Każda strona w internecie zajmuje jakąś pozycję w szeregu i to właściwie było dla mnie dosyć oczywiste, jednak w jaki sposób się to dzieje, na czym to polega - to już trudniejszy temat. No więc pozycjonowanie polega na tym, że staramy się podbić stronę jak najwyżej w wynikach wyszukiwania popularnych przeglądarek internetowych (czyli głównie jednej). Mój blog tak samo jak i każdy inny mógłby skorzystać trochę na tego rodzaju podrasowaniu, ale z tego co słyszałem, rzecz nie jest łatwa. Można się łatwo naciąć i stracić zamiast zyskać. Mimo wszystko jednak może dobry startup jest wart ryzyka? Kto wie. Ja zbytnio ryzykować nie mam zamiaru, ale cos tam na pewno pokombinuje na dniach ;)

środa, 10 lutego 2010
:(

Hej, na początek przepraszam wszystkich, jeśli będzie dzisiaj więcej literówek niż zwykle, ale niestety piszę z uczelnianego kompa, a klawiatura jaką tu mają jest delikatnie mówiąc do niczego. Problem jest taki, że kto wie czy nie będę musiał przywyknąć do tych koślawych klawiszy. Mojego kompa trafił wczoraj szlag. Nie wiem jeszcze co się stało, ale nagle sam się wyłączył – a to laptop jest i raczej nie robi taki rzeczy – i potem... no niby daje się włączyć, ale nic nie działa, podłączony pod awaryjne pokazuje, że na dysku nie ma prawie nic. Nie wiem, ale chyba coś z twardzielem poszło i jak nic odzyskiwanie danych będzie konieczne. Dobrze jeśli tylko to, bo jak szlag trafił coś jeszcze to ja nie wiem, z czego jak to teraz opłacę. Ogólnie jeśli się okaże, że odzyskiwanie też jest za drogie to pewnie przeboleję stratę tych wszystkich fotek, grafomańskich szaleństw i muzyki. Było zrobić kopię bezpieczeństwa. I po prostu kupię nowy dysk. Bądźmy szczerzy nie wiem ile kosztuje odzysk danych, ale trochę się boję, że może mnie po prostu nie być na niego stać. W sumie to tak sobie myślę, że może się zapędziłem z tymi rozważaniami, może dysk nie poszedł, a ja się po prostu sugeruję twierdzeniami Pawcia – najbliższy umysł ścisły jaki miałem pod ręką. Było nie było inżynier budowlaniec z papierami lakiernika niekoniecznie musi być komputerowym ekspertem. Teraz nie bardzo mam czas, ale w poniedziałek po egzaminie pojadę z tym do jakiegoś kumpla, co by się faktycznie na tym znał. Może nie jest tak źle, co nie? Tak właśnie pomyślałem sobie, że przecież to jest laptop, to jak jego trafia szlag, to już tak ostatecznie, prawda? Czyli w sumie gdyby poszedł dysk, to już by nic nie działało, a ja musiałbym kupić od razu nowego kompa i jakiekolwiek odzyskiwanie byłoby zupełnie hors-sujet. Mylę się? W sumie nigdy się specjalnie nie interesowałem, ale coś mi głowie dzwoni, że podzespoły to się wymienia tylko w stacjonanych, a w lapkach to żadnych zmian się nie robi. Nie wiem nie pamiętam. No nic, trzymajcie się, a ja się postaram coś tam skrobnąć zawsze jak do biblioteki wpadnę. Nara.

08:24, visegard
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 lutego 2010
Jedzmy i uczmy się :)

Właśnie sobie – dla zabicia czasu, choć paradoksalnie nie mam go zbyt dużo – policzyłem ile mi zostało do nauczenia się. No i muszę opanować pamięciowo (niestety) jeszcze około sześćdziesięciu stron hardcore'owo skondensowanych notatek. Przyjmując, że do egzu zostało mi pięć dni to daje to dwanaście stron dziennie. Niby nie tak źle, ale ja mówię o naprawdę skondensowanym tekście, który trzeba opanować pamięciowo prawie jak wiersz, ni wystarczy się orientować. Mówiąc krótko cieńko to widzę. Dzisiaj jutro jeszcze jakoś pójdzie, ale potem z kolejnymi dniami, boję się, że może być spadek formy, nie wspominająć już, że nie pozostanie mi ani trochę czasu, na takie powtórzenie powtórzenia.

W związku z tym wszystkim zastanawiam się jak by tu sobie podnieść formę. Wiadomo Burny, Redbulle standard, ale tu też nie można przegiąć, poza tym jeśli pojadę na nich zbyt długo to na egzaminie mogę mieć ten cholerny moment energetycznego zjazdu i nie tylko nic nie będę pamiętał, ale nawet nie będę w stanie się podpisać. A to nie byłoby dobre, co nie? Zacząłem trochę szperać i wyszło mi – chociaż nie wiem, czy aby nie jest za późno, że dobrym rozwiązaniem mogłaby być dieta. Przynajmniej tak twierdzą mądrzy ludzie w grubych książkach i cutyjący ich sławni dziennikarze i w cieńkich gazetach. Jakiejś mega rewolucji nie zrobię, wiadomka pięc dni zostało to co tu można zmienić, ale … no na przykład po orzechy mogę się przejść. Podobno świetnie wspomagają koncentrację. Co jeszcze? Ano wyczytałem, że marchewka jest za....ista. Pomaga wkuwać na pamięć i poleca się ją szczególnie filologom przed sprawdzianem ze słówek lub pamięciówa z definicja (ha! Marchewko panno moja! Zawsze do rudych miałem słabość).

Dobra bo w sumie zaraz artykuł bez sensu przepiszę. Powiem tak, poczytajcie, poszukajcie, fajne rzeczy można znaleźć, a czy to działa? Heh ja zaraz lecę do sklepu po orzechy, marchew, cytrynę i inne cuda i w poniedziałek się przekonamy.

11:26, visegard
Link Dodaj komentarz »
O motywacji na około parę słów.

Yo! Jak tam minęło wczoraj? Ja jakoś do dziewiętnastej nie mogłem się pozbierać, a potem... obejrzałem Friendsów, pośmiałem się, zrobiłem kolację i … luz. Całkowity, jakieś takie wyciszenie przyszło i jak ręką odjął. Udało mi się wysiedzieć do północy przy nauce i przyznam, że duma mnie rozpiera. Chociaż i tak największy podziw dla mojego współlokatora, ja to mam jeszcze przyjemne studia, ale on jest na Polibudzie i jak patrzę z czym się męczy to szkoda gadać. Inna sprawa, że chłopak nawykły, rzadki przypadek poprawnej drogi przez szkolnictwo – pzdr Pawciu!:) - co to znaczy? Ano chłopak, jak każdy poszedł do podstawówki, potem jednak wybrał zawodówkę i został lakiernikiem – jeśli nie wiecie czy kupić  od Graco czy od Devilbissa, albo chcecie poznać czym się różnią pompy Binks, pistolet Ransburg i agregat Sata, to zapytajcie Pawcia. Jestem pewien, że nikt Wam nie da bardziej wyczerpującej odpowiedzi (ja np. nigdy nie chciałem tego wiedzieć, a wiedziałem i to doskonale już po pierwszym tygodniu wspólnego mieszkania, ech to były dni!). No tak czy inaczej mój współlokator mnie zadziwina, jego trasa szła od postawówki, przez zawodówkę, potem jakiś dziwny patent z maturą, potem inżynier, a teraz robi magistra. Przyznam szczerze, w życiu by mi się nie chciało tyle uczyć, a już na pewno tak dziwnych rzeczy. Przecież to jest jedną wielka droga krzyżowa przez fizykę i matematykę! Tak lekko licząć będzie ile? Ze dwadzieścia lat przepychania się przez przedmioty ścisłe? Makabra. Patrząc na Pawcia mam wrażenie, że moja sesja to więcej niż pikuś, heh praktycznie rzecz biorać można powiedzieć, że znalazłem sobie motywator do nauki. Tylko jest jeden drobiazg. Tak ostatnio z Pawciem gadałem i wyszło, że od co najmniej 6 lat jego miesięczne zarobki nigdy nie zeszły poniżej trzech tysięcy na rękę... heh już widzę, kiedy moje w ogóle dadzą radę wspiąć się na ten poziom. I to już jest demotywator.

08:36, visegard
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 lutego 2010
Jeszcze, jeszcze, jeszcze czyli ciężki dzień

Hej! :) Jeszcze raz dzisiaj mnie tu przygnało. Wiem, wiem, miałem sobie w kulki nie lecieć i już na dzisiaj przynajmniej odpuścić, ale jakoś mi ta nauka nie idzie. Siadłem, rozłożyłem książki, notatki, herbaty przygotowałem, żeby potem nie wstawać i … i nic. No taki dzień, nie potrafię się skupić. Niby czytam, ale nie wiem co, nie wiem o czym nie wiem czy ogóle, taki nieobecny jestem. Ech za dużo dołków takich zewnętrznych, zbyt trudno nie myśleć i się skupić. Chociaż to też jest takie dziwne, bo o rzeczach przyjemnych mogę myśleć i w zasadzie nie nawiedzają mnie wtedy żadne dołki, nic nie rozprasza, a jak tylko zacznę się uczyć... szkoda słów.

W każdym razie uznałem, że jeśli mam tak siedzieć i po prostu patrzeć w książkę to nie ma to sensu i tyle. Zabrałem się za to, co mi ostatnio najlepiej wychodzi i zacząłem sobie przeglądać wszelkie wyjazdy studenckie. Niby mam już te Les2Alpes postanowione, ale, wiadomo, nic jeszcze nie zapłaciłem, więc czemu by sobie nie patrzeć cały czas czy czego lepszego nie znajdę. Poza tym trochę mnie naszło, że może w tym roku dla odmiany od snowboardu spróbuję sobie jakieś narty studenckie. Niby próbowałem jak byłem mały i do deski to temu daleko, ale może tak dla odmiany? Nie powiem kusi trochę. Zwłaszcza, że jak tak patrzyłem, to wyszło mi, że obozy studenckie dla narciarzy są często w ciekawszych miejscach niż snowboardowe. Ciekawe od czego to zależy? Są takie obozy, gdzie można jechać i na narty i na snowboard. Są takie, gdzie tylko narty i takie, gdzie tylko na snowboard. Ktoś się orientuje od czego to zależy? Ja jakoś nie mogę odgadnąć. Może od miejscowych? Nie lubią snowboardzistów? Tak czy inaczej chyba sobie jeszcze parę godzin poczytam o atrakcjach turystycznych zimowej Francji i pozostaje liczyć, że zmotywuje mnie to do nauki. Hope so...



14:39, visegard
Link Dodaj komentarz »
Do poprzedniego

Przeglądałem tak sobie jeszcze opcje wyjazdu, w sumie najprawdopodobniej daję na Les2Alpes (niezły zapis nie? Tak skejtowsko). Miejscówka prezentuje się super i jeśli net nie kłamie to mam wrażenie, że lepszego wyjazdu nie jestem w stanie znaleźć. Dodatkowo tak sobie zacząłem szperać i wyszło mi, że Ci sami ludzie organizują latem obóz tenisowy. W sumie dobra bajka, tenisa lubię, a oprócz sportu i pory roku, to wygląda na to, że te wyjazdy prawie niczym się nie różnią, więc tak sobie myślę... pojedzie się teraz, obczai jak im to wszystko wychodzi z organizacją i jak chłopaki dają radę, to od razu się zapiszę na lato z nimi. Może nie jest to dosłownie „upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu”, ale pewna forma dobrego zysku da się odnaleźć, co nie? :D
Problem jedynie jest taki, że jeśli mam tam wyjechać – i to za niecałe dwa tygodnie – to pora przestać sobie lecieć w kulki i czas zabrać się na poważnie do nauki. Inaczej wystarczy jedna głupia poprawka i „cały misterny plan w ...” :( A propos kulek to jak pewnie widać po kliknięciu w link, nie jest to wcale taka przenośnia, ta gierka – zaraz po wyścigach motorów – jest tą, któa kradnie mi najwięcej czasu. Ogólnie mam nieodparte wrażenie, że sesja to taki czas, kiedy mój mózg staje się kilkakroć bardziej podatny na wszelkie – kradnące czas – uzależnienia. Autentycznie. Normalnie różne gierki znudziłyby mi się pewnie po dniu lub dwóch, a teraz...szkoda słów. Na szczęście chyba nie jestem w tym jedyny. Mój współlokator zaczął w zeszłym tygodniu swoją przygodę w z Mafia Wars na facebooku i powiem tylko, że porównaniu do niego, to ja nie tylko inteligentnie spędzam czas, ale w dodatku bardzo mało go marnuję. No nic, sesja, sesja, sesja, idę się pouczyć, Les2Alpes czekają. :)

10:12, visegard
Link Dodaj komentarz »
I po weekendzie

Witam wszystkich, jak weekend? Mój nawet-nawet. Trochę się pouczyłem. Trochę pobawiłem. Trochę posnułem sobie marzenia. Generalnie planuję wybić gdzieś po sesji. Konkretnego planu jeszcze nie ma, ale pewnie góry i pewnie deska. Zacząłem sobie nawet przeglądać różne obozy snowboardowe i w sumie … no nie wiem, może za późno się za to wziąłem, ale myślałem, że będzie więcej ofert. Nie, że wybór jest zły. Prawdę mówiąć patrząc na te oferty, to mam wrażenie, że każda wygląda jak z bajki. Super hotele, mega miejscówki, ciekawi ludzie, dobre imprezy, wyżywienie klasa. Po prostu myślałem, że będzie tego no tak... kilkaset, ale może to moja naiwność.

W sumie wolna konkurencja nie oznacza przecież, że od razu pojawia się kilkudziesięciu chętnych do bankructwa, co nie? :D Mniejsza, w sumie ważne, jest to, że gdzieś na bank pojadę, na sprecyzowanie miejscówki dam sobie jeszcze trochę czasu.

Zwłaszcza, że nie ma co dzielić skóry na niedźwiedziu, póki co jeszcze sesja bardziej przede mną niż za... a weekend przyznam, że – tak do pierwszych zdań wracając – to „trochę się pouczyłem” jest zdecydowanie mniejszym trochę od „trochę się pobawiłem”.

Ech, kumpel zlokalizował serwerek, który po prostu wypychają gry samochodowe, cześć jest przeciętna, albo wręcz padaka, ale niektóre... no w zasadzie to niedziela z życiorysu, dla całego mieszkania. I szczerze przyznam, teraz jeszcze mnie kusi, żeby sobie motory odpalić. Świetnie pomyśleli ze sterowaniem. Prosty patent – jak skręcasz na motorze i przechylasz się z maszyną, to nie – jak w większości gier – przechyla się gostek na motorze, tylko – przechyla się obraz na ekranie. Prosta zmiana, a wkrętka mega! :D. W sumie to sam sobie zrobiłem ochotę na grę... Na razie! Wrócę :)

08:56, visegard
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 lutego 2010
Piosenki dla dzieci?

Ech dawno mnie tu nie było. W sumie temat stancji już ogarnąłem i jest ok, ale to zupełnie inna sprawa. Każdemu kto kojarzy Wrocek powiem tylko, że mam teraz fajne mieszkanko na Zaolziańskiej i jest super. Spokojna okolica, blisko wszędzie, na dworzec tyle co do rynku, a do rynku kawałeczek, ech trafiło mi się.

Tak czy inaczej sesja mi się ostatnio zaczęła i – jak to w sesję – nagle przypomniało mi się ile to fajnych rzeczy, innych od nauki, można robić – np. prowadzić bloga.:) No to jestem. Co prawda nowego tematu jeszcze nie wybrałem, bo jak już wspomniałem stancje takie trochę nieaktualne się zrobiły, ale... nie szkodzi. Będę sobie pisał po prostu...

Ostatnio coś nas wzięło z kumplami i puszczaliśmy sobie różne teledyski i piosenki dziecięce. I właśnie mam takie pytanie, czy ktokolwiek z Was słuchał kiedyś tych piosenek już jako dorosły?!? No przecież to jest makabra. Dopiero teraz można zobaczyć, co zrobiła nam z mózgami dorosłość. Nie wierzycie, spróbujcie sobie posłuchąć ze dwie, trzy losowo wybrane piosenki dla maluchów, a daję głowę, że... chwycicie się za głowę. No bo jak no ja brzmi dla Was np. taki tekst?

„To szkiełko wszystko potrafi, na każde pytanie odpowie, wystarczy wziąć je do ręki i wszystko będzie różowe, wystarczy wziąć je do ręki, usypać ziarnko fantazji i już za chwile można dolecieć aż do gwiazdy.”

Ja tam nie wiem, jak Wam, ale dla mnie to to brzmi jak nabijanie lufki zielonym i nic na ten fakt nie poradzę. Dodatkowo coś mi się wydaje, że nie ja jeden to zauważyłem, jeśli nie wierzycie to poszukajcie sobie na Youtubie, oj znajdziecie ciekawy teledysk do Fantazji. No i ok, jeden przykład, nie? To nic nie znaczy, to są piosenki dla dzieci. No nie wiem. A powiedzcie mi jak w wieku dwudziestu-dwudziestu kilku lat reagujecie na teksty typu „kundel bury, kundel bury, penetruje wszystkie dziury?” bo ja... no aż mi głupio. Nie wiem może się mylę, ale … popsuło nas to życie, oj popsuło i to zaledwie w przeciągu kilkanstu lat, nie wiedzieć kiedy i nie wiedzieć jak...

wtorek, 21 kwietnia 2009
Stancje

Stancje? Dlaczego taki tytuł?Chyba tylko dlatego, że w końcu, a jest już końcówka kwietnia udało mi się znaleźć w końcu dobry pokój. Przecież szukanie stancji nie może trwać aż tyle czasu. Jednak to tylko teoria - moje poszukiwania trwały od połowy września do teraz.

Zacznijmy jednak od początku. Stancje jakie miałem na oku musiały mieścić się we Wrocławiu. W końcu tu miałem studiować,a w przyszłości pewnie i mieszkać na stałe. Pierwsze mieszkanie, które znalazłem opuściłem po 3 dniach. Wydawało się idealne. Kamienica na starówce, blisko do imprez na tyle, że pewnie i na czworaka bym dał wrócić. Niestety mieszkanie tak ładne w dzieńw nocy zmieniało się w jedną wielką melinę. TRAGEDIA! c.d.n.

15:09, visegard
Link Komentarze (1) »
1 ... 6 , 7 , 8 , 9
 
Zakładki:
Stancje
Tagi